Pierwsza wiadomość dzisiejszego dnia zwaliła mnie z nóg, a jadąc do pracy zdałam sobie, że dziś jest pieprzony piątek trzynastego. Zbytnio nie przejmuję się takimi datami, ale dziś wyjątkowo zwalę winę. Nie napiszę dokładnie o co chodzi, bo potrzebne to nie jest. Lecz obawiam się, że wynikną skutki uboczne tej informacji. Mam nadzieję, że nie, ale martwię się mimo wszystko. Ostatnie, co mi jest potrzebne, to dodatkowa lawina problemów.
Oczywiście z racji w/w dnia na tym się nie skończyło. Wkurwiłam się znacznie głupią gadka. I też nie napisze dokładnie o co kaman, ale kurwia mnie totalnie bezczelność ludzka, opyszałość i zadzieranie nosa. Ale kiedyś ta osóbka się potknie i nosek zedrze o jakiś beton. Mnie już wtedy nie będzie.
Z jednej strony chciałabym zmienić wszystko. Miejsce zamieszkania, otoczenie, itp, itd. Mam ochotę wziąć dziecko, kilka rzeczy wsiąść do samochodu i udać się w kierunku bliżej nie znanym.
Wdzięczna jestem mojej Kasi. Za to, że jest. Za to, że mnie rozumie. Oraz za to, że mnie wspiera.
Tyle, co razem przeszłyśmy burz. Przeżyłyśmy wakacji, rozstań na wiele kilometrów to szok. Ale może dlatego wiem, że możemy zawsze się sobie wygadać, wygłupiać się do granic, liczyć na siebie. Stoimy za sobą murem. PRAWDA KASIU?
Zawsze już będę pamiętać remizę, akcję ze śrubokrętem na żwirowni, akcję z tabsami barwiącymi, kolejną akcję z magnezem, wujka cin cin i wiele, wiele innych :)
Chciałam Wam pokazać moje ukochane ubiegłosezonowe sandały, ale się nie udało. Zdjęcia zniknęły. Ale za to jest góra. Nic nadzwyczajnego. Cekinowa, biała bokserka, sweterek szary, dżinsy. Lajcik taki.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
Followers
About Me
Powered by Blogger.
No comments:
Post a Comment