Piszę oczywiście o aparacie :D. Ale zacznę ogólnie od wczorajszych wydarzeń, które sprawiły, że dzień był miły.
Z rana byłam w stresie, gdyż moja mama musiała jechać do onkologa. Ale Już o 11:30 dostałam informację, że wszystko jest ok. Recepta dla mamy od Pani doktor, to "zwolnić i odpoczywać". Sądzę, że w dzisiejszych czasach to dobra recepta dla wszystkich. Ta wiadomość bardzo mnie uspokoiła.
Kolejnym pozytywnym wydarzeniem było przywiezienie aparatu, który spisuje się świetnie. Narazie się poznajemy. Staram się go wyczuć, sprawdzić jego możliwości, menu itp. Muszę dziś dokupić jeszcze kabel usb, gdyż już nie dają go w zestawie. W zamian tego dodają jakieś rdzenie ferrytowe. Dla mnie to była czarna magia i gdyby nie wujek google i ciocia Wikipedia pewnie nie wiedziałabym w dalszym ciągu do czego to coś służy. Ogólnie w zestawie nie ma żadnych kabli. Nawet ładowarka jest bez kabla. Troszkę większa od tej sprzed 4 lat ale składana i z końcówką uniwersalną. Jeżeli dobrze pójdzie to może wieczorem wrzucę coś właśnie wykonanego tym aparatem.
Innym wydarzeniem była oczywiście rozmowa z Paniami w przedszkolu w związku z Anastazją. I tak szczerze, to jest mi bardzo żal tej dziewczynki. Okazuje się, że z rodzicami nie idzie się dogadać, mama potrafi przez godzinę ubierać dziecko w szatni szarpiąc i wciąż krzycząc na maluszka. Jedna z Pań stwierdziła, że nie wie czy to dziecko w ogóle wie czym jest miłość. Ta mała dziewczynka w dalszym ciągu nosi pieluszkę. Ale teraz to się temu nie dziwię. Ta mała istota być może żyje w permamentnym stresie. No niestety raczej większego wpływu na wychowanie tej dziewczynki mieć nie będę, przede wszystkim z tego powodu, że mamusią jej jest Pani doktor, która z pewnością wie "lepiej" jak wychować dziecko, choć by ze względu na różnice w wykształceniu miedzy mną a Panią doktor. Odpuszczam temat Anastazji i napiszę o Tosi, która wczoraj płakała i tez kogoś doprowadziła do płaczu. Najpierw Tosię zaatakowała koleżanka. Została tak mocno szarpnięta za kucyk (a jest za co szarpać), że aż upadła i oczywiście bez łez i krzyku się nie obeszło. A następnie kolega Kubuś został udeżony przez moją córcie. Skończyło się to ogromnym guzem na czole Kuby z domieszką krzyku i łez. Pani zapytała Tosię dlaczego i czym go uderzyła? Tosia stwierdziła, że nie lubi się bić i że dostał z dłoni. Watpię tak jak i Panie, że tylko dłoń miała kontakt z jego czołem. Raczej kuba miał bliskie spotkanie z jakimś klockiem. Proszę byście nie pytali w komentarzach "gdzie są Panie"? Musicie pamiętać, że grupy są liczne i Panie nie są w stanie uspokoić wszystkich.
Zaliczyłam fryzjera :D Co mnie ogromnie cieszy, bo włosy odrastały tak, jak chciały. Ale teraz zmniejszyła się ich ilość. Justyna pocieniowała je, nadała im kształt i już jest ok. Na długość są dalej takie jak były. Jeszcze troszkę poczekamy aż przód "dorośnie" do ramion i zrobimy im podcinkę na równi.
Wieczór zakończył się prezentem dla mamy w postaci fasolki z imieniem (pokażę ją Wam przy najbliższej okazji). Prezent oczywiście z okazji nowego życia, które po diagnozie rozpoczęła mama. Do prezentu było kilka drinków i film :D
Dzień zaliczam do tych BARDZO UDANYCH
Wednesday, March 16, 2011
223. JA I ON
Labels:
chłopiec,
córka,
drink,
dzieci,
dziewczynka,
film,
miły dzień.,
prezent,
przedszkole,
Tosia
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
Followers
About Me
Powered by Blogger.

No comments:
Post a Comment